sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział 6

-No to ten... idź-powiedziałam pospiesznie, założyłam szlafrok i wyszłam z łazienki.
-Łatwo powiedzieć-mruknął chłopak i tak jak ja przed chwilą zarzucił szlafrok.
Nie był w dobrym nastroju. Podszedł do drzwi wziął ręczniki a ja w tym czasie podeszłam do okna i usiadłam na parapecie.

~Harry~
Wziąłem ręczniki od kobiety i zamknąłem drzwi. Byłem wręcz wściekły, ale nie mogłem tego okazać. Zauważyłem, że Lou ma jakiś kłopot, bo usiadła na parapecie i smutno patrzy sie w przestrzeń przed nami.
-Coś nie tak skarbie?-zapytałem
-Bo...Harry jak to teraz będzie?
-Ale co będzie?
-No to wszystko...
-Pamiętasz sama mi mówiłaś: Damy radę. Razem.
-Damy?A jeżeli nie uda Ci się chronić nas obojga?
-Uda mi się.
-Czasami wydaje mi się to niemożliwe...
-Pamiętaj nie ma rzeczy niemożliwych są takie, których jeszcze nie potrafimy.
-A nauczymy się?Albo może chociaż Ty nauczysz?
-Oczywiście, że się nauczę. Dla Ciebie wszystko.
-Jesteś kochany-powiedziała i pocałowała mnie.
-Wiesz...Może chodźmy już się położyć -zaproponowałem
-W sumie nie zaszkodzi nam to.
poszliśmy się położyć i po chwili oboje już spaliśmy.



W nocy zaczął dzwonić telefon.
-Halo?-powiedziałem ochryple
-Mhm zaraz będę-mówiłem prawie zasypiając.
Wstałem tak, żeby nie obudzić Louise. Zarzuciłem jakieś spodnie bluzkę i wyszedłem z hotelu.
Szedłem trochę po omacku, bo przez to obudzenie praktycznie nic nie widziałem na oczy, ale cóż mus to mus.
Szedłem sobie spokojnie ulicą, gdy nagle poczułem jak ktoś łapie mnie za szyję zakrywa usta oraz oczy i przykłada pistolet do skroni.
-Gadaj gdzie ona jest!-powiedział stanowczo i poluźnił uścisk reki na mojej twarzy
-Ale kto?
-Dobrze wiesz kto kochasiu. Ta Twoja Louise.
-Jest bezpieczna. Śpi. Nic jej nie zrobisz!-warknąłem
-Nie byłbym taki pewien.
-Ale ja jestem! Nie powiem Ci gdzie jest.
-Nie musisz mówić. Ja do Ciebie dzwoniłem i mam namiar gdzie wtedy byłeś. Do zobaczenia gnojku.-wsiadł na motor i odjechał w kierunku hotelu.



W pierwszej chwili zmroziło mnie. Nie wiedziałem co mam zrobić. Nagle w mojej głowie pojawił się malutki głosik: Biegnij tam głupku! Właśnie teraz ona Cię potrzebuje. Przecież jest w wielkim niebezpieczeństwie. Wiem, że jest. No to biegnij i uratuj ją!
Dostałem skrzydeł. Zacząłem biec jak szalony. Teraz nic nie mogło mnie już powstrzymać.


Byłem cały zdyszany. Byłem już tak blisko. W końcu dotarłem na miejsce. Za późno. On wychodził z nią przerzuconą przez plecy. Podszedłem bliżej, a on zatrzymał się.
-Nie podchodź bliżej!
-Ale nie mogę jej tak zostawić!
-Nie podchodź, bo ją zastrzelę.
Moje serce zaczęło bić 100 razy szybciej niż zwykle. Lou podniosła głowę patrząc na mnie błagająco.
Wyczytałem z jej ust: Harry pomóż mi...Proszę. I totalnie się rozkleiłem.
-Louise przepraszam, ale chcę, żebyś żyła. Nie mogę Cię stracić przez głupotę.-mówiłem a łzy płynęły po moich policzkach. Dziwiłem się temu. Jak ja groźny Harry Styles może płakać? Może, bo jest człowiekiem i też ma uczucia jak każdy. Tylko potrafi je dobrze ukrywać.



Nie chciałem, ale jednocześnie nie mogłem tak na nią patrzeć.
-Mam jeszcze jedną prośbę.
-Czego chcesz?
-Czy ja...mogę się z nią pożegnać?
-Pewnie się jeszcze zobaczycie, ale skoro tak bardzo chcesz to dobra...
Podszedłem bliżej. Spojrzałem jej prosto w oczy, po czym musnąłem delikatnie jej wargi. Ona odwzajemniła to.
-Harry mówiłeś wczoraj...-wyszeptała
-Wiem co mówiłem i zamierzam dotrzymać słowa.


~Lou~
-Ale przecież Ty się właśnie poddałeś. Mówiłeś, że damy radę. Że nie ma rzeczy niemożliwych są takie, których jeszcze nie potrafimy. Obiecałeś, że się tego nauczysz. I co? Właśnie pozwalasz mu, żeby mnie wywiózł nie wiadomo gdzie!
-Louise ja się nie poddałem. Po prostu nie chcę, żebyś zginęła przez moje głupie błędy życia rozumiesz?-złapał moją głowę w ręce i oparł swoje czoło o moje.
-I niby jak zamierzasz to wszystko naprawić!?-powiedziałam patrząc mu prosto w oczy, które miały barwę malachitu. Bałam się, że za chwilę coś się stanie.


On tylko patrzył w moje oczy. Nie mówił nic. Widziałem wściekłość na jego twarzy, ale również troskę. Nie wiedziałam jak mam to odebrać.
-Ale przecież...-zaczęłam, ale on przerwał moją wypowiedź pocałunkiem.
Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale on jeszcze przez moment popatrzył mi w oczy, po czym odwrócił się i odszedł mówiąc: Pamiętam o swoich obietnicach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz